Dziś zakończyła się pierwsza edycja "Maroon march" O co chodzi i cóż to takiego było - oto krótka relacja.

Był chłodny, ale słoneczny czerwcowy wieczór, kiedy wszyscy uczestnicy "Maroon march" zjechali się do Tarnówka - małej miejscowości - miejsca startu naszego marszu. Wypiliśmy parę piwek, pogadaliśmy, pośmialiśmy się i poszliśmy spać, próbując zebrać jak najwięcej sił na następne dwa dni - dni w których miało okazać się jakimi "twardzielami" jesteśmy

Noc, choć deszczowa minęła spokojnie. Pobudka o 7 rano, szybkie śniadanie, dopakowanie plecaków do pełna i o 9.00 zgodnie z planem byliśmy gotowi do wymarszu. Zarzuciliśmy więc kilkunasto/kilkudziesięcio kilogramowe plecaki na plecy i pełni werwy wyruszyliśmy do lasu. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak wiele sił będą nas te kilogramy kosztowały...

Pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem. Od rana przelotne opady przerodziły się w dość regularny deszcz, zmuszając nas do założenia na siebie przeciwdeszczowych ubrań. Jakby tego było mało już po kilku kilometrach marszu mocno załadowane plecaki zaczęły dawać się mocno we znaki. Siły zaczęły słabnąć, morale spadać. Sprawy nie poprawiła nawet przedpołudniowa poprawa pogody umożliwiająca w miarę komfortowe warunki marszu. Kilometry do celu ubywały coraz wolniej, postoje stawały się coraz częstsze i dłuższe, twarze robiły się coraz bardziej zmęczone...

Około południa stało się jasne, że tego dnia nie dojdziemy do celu jakim była miejscowość o nazwie Biała, odległej w linii prostej o około 20km (około 25km idąc drogami leśnymi). Po kolejnych kilku godzinach marszu, klucząc dość mocno w lesie dotarliśmy nareszcie do miejscowości Kurteczek. Szczególnie ciężki i diabelnie długi był "ostatni kilometr" marszu. Przejście go zajęło nam chyba z półtorej godziny Po negocjacjach z przedstawicielem tamtejszej populacji mieszkańców (tj. tubylcem) rozbiliśmy obozowisko w pobliżu lokalnego jeziora. Była godzina 15.30, a my byliśmy zmęczeni jakbyśmy maszerowali od tygodnia. Natychmiast wyszły braki w kondycji. W kość dało też zbytnie naładowanie plecaków rzeczami, które osobno niemal nic nie ważą, ale zsumowane razem dają kilka zbędnych kilogramów. Doświadczalnie sprawdziliśmy też jak z rolki taśmy zrobić całkiem wytrzymałe i wygodne buty Słowem - mieliśmy całkiem niezłą "szkołę przetrwania".

Dwójka Rekrutów musiała niestety już w tym momencie zwinąć się do domu. Na szczęście wraz z ich odjazdem w obozowisku jakimś cudem pojawiło się nieco alkoholu i od razu nastroje się poprawiły Mała konsumpcja przyniesionych na własnych plecach racji żywnościowych, łyk piwa i kolejny raz mieliśmy okazję spać w przytulnych namiotach. Na szczęście dziki nie przyszły. Być może odstraszyło je nasze chrapanie, a być może nie mogły znieść zapachu trawionej fasolki. Tego pewnie nigdy się już nie dowiemy...

Pobudka dnia następnego przejdzie pewnie do historii. Bolały nas mięśnie o których istnieniu nie mieliśmy nawet pojęcia. Stawy zginały się z największym trudem, a plecy i ramiona prawie nie nadawały się do użytku. Po nastraszeniu pewnej niewinnej sarenki, z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy w dalszą drogę. Szczęśliwi, że plecaki po zjedzeniu jedzenia i wylania nadmiaru wody ważyły już znacznie mniej wyruszyliśmy pospiesznie w kierunku Białej. Nie minęło kilka godzin, gdy radośnie dobiegliśmy do celu. Lody na przybicie zwycięstwa, powrót zorganizowany transportem do Tarnówka i kolejna fasolka na koniec dnia były już ostatnimi punktami spotkania.

To, że teraz ledwo mogę chodzić pominę milczeniem.

Czy było fajnie - jasne że było!!! Zrobiliśmy w sumie ponad 30km, poznaliśmy swoje ograniczenia, oraz dowiedzieliśmy się jak ważne jest dokładne zaplanowanie wyprawy oraz dobór zawartości plecaka. Myślę, że na kolejnej edycji dojdziemy jeszcze dalej!
Autor: Antek

Na spokojnie, po przespaniu i analizie faktów...

Piątek
Rano - tragedia deszcz i zimno - moje morale tragicznie spadało - ale poprawa pogody i przyjazd do Tarnówka to zmienił. Wieczór spędzony w towarzystwie z grillem i % w tle wyluzował nagromadzony stres związany z pogodą. Jak to zawsze bywa okazja była i rozmawialiśmy i rozmawialiśmy a czas uciekał - nim minęła północ w większości już spaliśmy.

Sobota 
~5.10 pada... pada mocniej, pada mniej...
7.00 oficjalna pobudka - troszkę sie przejaśnia by zacząć znowu padać - podejmujemy ciężka decyzję i odwołujemy przyjazd naszego dodatkowego członka na marsz - czy słuszna decyzja to ciągle znak zapytania.
Śniadanie i w przerwie gdy nie pada zwijamy namioty które jeszcze nie przeschły. Zbieramy się pamiątkowa fotka w deszczu i ruszamy

Droga którą idziemy jest... no jest kręta gdy wchodzi,y w las pada słabiej ale to tak naprawdę krople zatrzymują liście / igliwie na drzewach - część z nas udaje "Buki" i straszy pelerynami Zmierzamy do celu - jaki by on nie był - morale słabnie ze względu na pogodę ale rozmowa i żarciki trzymają nas. Odwiedzamy po drodze Pomnik Spadochroniarzy Polsko-Radzieckich i zmierzamy w dalsza drogę.

Idąc obraliśmy sobie zasadę 1h drogi 10 min przerwy - pierwsze nasze kilometry to dość duży dystans który niestety potem słabnie że względu na zmianę pogody - wyszło słońcie i zaczęło sie robić parnie oraz na coraz bardziej wbijający sie ciężar plecaków. Staramy się iść równo ale widać kto ma więcej sił / lżejszy plecak
Po błądzeniu w lesie widać na mapie i określaniu że jeszcze kilometr docieramy do miejsca w którym podejmujemy że robimy przerwę - mobilizacja sił - rozmowy z tubylcami i ustalamy położenie jeziora przy którym się rozbijamy. Nasi rekruci który dzielnie nam towarzyszyli podejmują decyzje o ewakuacji - transport dowozi lecznicze % zabierając w zamian Adamsa i Marcino. Wieczór upływa na komentarzach dnia, regeneracji sił - nie pada to dobry objaw - ale wieje. Zmęczeni około 21 idziemy spać.

Niedziela
Jest słonecznie - to duży plus - wstajemy krzątamy sie po obozie- widać że to banda emerytów z grupą inwalidzką - cóż jest wesoło - ale widać że coś jest poważnego - zbieramy się i po podjętej w sobotę decyzji - głosowaniu - zmierzamy do naszego celu - czyli do Białej.
Droga ubywa dziś szybciej, moze to pogoda a może już "jebie mnie to" czy jeszcze kilometr więcej - w każdym razie dość rekordowo przemierzamy ostatni odcinek trasy i nawet widać u Felka i Antka zapas sił bo "biegli".... pokazówka a potem płuca wypluwali
Pamiątkowe fotki pod tablicą Biała i zmierzamy do centrum - tu odbierze nas transport.
Przy kaplicy sadowimy swoje bagaże i obolałe ciała i raczymy się lodami.
Pakujemy się w auta przed deszczem i zmierzamy na miejsce startu.


Na miejscu czeka na nas jeszcze wyżerka - fasolka - pakujemy się i zmierzamy do domów by każdy w samotności opłakiwał swój los


Podziękowania dla Kingi za transport i fasolkę, dla Agnieszki za transport, dla teścia Minowa za udostępnienie agroturystyki
dla wszystkich co sie stawili i wspólnie się bawili / cierpieli podziękowania i oby nie zabrakło nas za rok
Autor: Corey